Pieczenie chleba to taki pstryczek w nos współczesnemu stylowi życia. Tej teraźniejszości, która domaga się, żeby było łatwo, wygodnie i szybko. A najlepiej jeszcze szybciej. I w proszku. Mój dzisiejszy chleb nie był z proszku. Zrobiłam od zera zakwas, hodowałam go przez kilka dni, następnie przygotowałam zaczyn, a potem wylewając siódme poty cierpliwie wyrabiałam ciasto… mimo to niestety chleb nie wyrósł. Bo chciałam go szybko, chciałam go już, mimo że instynktownie czułam, iż zakwas jeszcze potrzebuje jednego, może dwóch dni do pełnej aktywności.

Takie pieczenie chleba uczy cierpliwości, wytrwałości, może trochę pokory? Czy poszłam do supermarketu kupić średniej jakości chleb? Nie. Zrobiłam bułeczki, które zawsze wychodzą, a zakwas, który zimuje w lodówce ożywię za kilka dni i spróbuję jeszcze raz. Nie chcę, żeby było szybko i byle jak. W końcu się uda! :)